sobota, 20 lipca 2013

Wieczorny Las Wolski.

Dzisiejszego wieczoru za cel obrałem sobie podjazd pod ZOO zaczynający się zaraz za Willą Decjusza i prowadzący wpierw kostką a następnie asfaltem aż pod Ogród Zoologiczny. Z domu wyjechałem dość późno, bo około 17 30 ale dzięki temu było już trochę chłodniej. Pogoda była wprost wymarzona, słonecznie i lekki wiaterek który uprzyjemniał jazdę. Widoczność była świetna co bardzo mnie cieszyło gdyż lubię podziwiać krajobrazy. Droga w stronę lasu przebiegała szybko i gładko. Po około 10 minutach byłem na Błoniach gdzie krakowianie tłumnie oddawali się różnorakim sportom, od rowerowania zaczynając a na puszczaniu latawców kończąc :) Cieszy mnie, że coraz więcej osób wybiera aktywny tryb spędzania wolnego czasu. Z Błoń szybko wjechałem na wał rudawy, swoją drogą niesamowicie zarośnięty po bokach przez wszelakiej maści krzaczory. Po kilkunastu minutach dojechałem do miejsca gdzie wał łączy się z asfaltową drogą, a dokładniej do skrzyżowania na którym należy skręcić w lewo w ulicę Jesionową. Po chwili byłem w Parku Decjusza. Bardzo ładne to miejsce, z dużą ilością ławek na których można wypoczywać w ciszy i spokoju. Z Parku Decjusza wyjechałem w stronę podjazdu pod ZOO. Szybkie uzupełnienie płynów, włączenie stopera by z ciekawości sprawdzić swój czas no i jazda. Początek jak zawsze szedł dość opornie gdyż ta nierówna wytłuczona kostka to niezły spowalniacz. Lekka ulga dopiero przy wjeździe na asfalt, z resztą teren tam robi się płaski i jest tak, aż do punktu poboru opłat, czyli do przystanku Baba Jaga. Wielu z was pewnie ta nazwa intryguje, więc wytłumaczę wam skąd się to wzięło. W okolicy obecnego poboru opłat, a dokładnie nad nim jest taki pusty placyk na którym swego czasu stała niby chatka w której prowadzona była kawiarnia o nazwie Baba Jaga. Mimo że interes upadł, miejsce to nadal jest tak nazywane. Z dziecięcych lat, jak przez mgłę widzę ten domek. Niestety nie jestem w stanie go odtworzyć przed oczami. Pobliski przystanek MPK też nosi nazwę Baba Jaga. Ciekawe czy dzieci jadące do Ogrodu Zoologicznego na wieść o tejże nazwie wypatrują przez autobusowe okna kobiety na miotle, a może chowają się pod siedzenia? ;) Dobra, koniec domysłów, czas wrócić na trasę. Prawy zakręt zaraz za Babą Jagą jest chyba najbardziej stromą częścią podjazdu i tętno w tym miejscu skacze mi niesamowicie ;) Po pokonaniu tego zakrętu robi się na kilkadziesiąt metrów płasko więc można odsapnąć, potem jeszcze kilka zakrętów, trochę ostrzejszy podjazd i widać już Ogród Zoologiczny. Mój czas? no słaby... 12 minut i 24 sekundy. I pomyśleć ze jakieś 10 lat temu wjeżdżałem tam w około 10 minut. Jest nad czym pracować :) O dziwo pod ZOO nie było jakiś wyjątkowych tłumów mimo, iż dzisiaj mamy sobotę. Usiadłem na kilka minut na ławce by porozmyślać o dalszej trasie i odsapnąć.. Miałem zjechać najprostszym leśnym sposobem, tak by wyjechać w miejscu gdzie kończy się downhillowa trasa zwana "Łopata" i zjechać drogą pod Willę Decjusza. Stwierdziłem że to jednak zbyt proste i porwałem się ponownie na Singletrack. Tym razem postanowiłem przejechać tylko pierwszą, starą część. Dziś było suchutko więc jechało się 2 razy szybciej i pewniej no i naprawdę mi się spodobało. Drugą część wezmę na plecy dopiero jak jeszcze trochę podszkolę technikę i zrobię coś z przednim hamulcem bo niestety tarczówka RST to bardziej spowalniacz niż hamulec. Na mapie musiałem zaznaczyć najprostszą możliwość zjazdu na Przegorzały gdyż nie jestem w stanie narysować tam trasy singletracka. No więc wyjechałem na wspomniane już Przegorzały i znów dopadł mnie dylemat: Salwator czy tor kajakowy przy Kolnej, niedaleko Tyńca. Pogoda piękna, siły są więc wybór był prosty - jedziemy w stronę Tyńca. Wjechałem na wał Wisły który jest elegancko wyasfaltowany i szybkim tempem dotarłem do kładki nad Wisłą przy A4. Po przejechaniu na drugą stronę zajechałem nad tor i usiadłem na "trybunach" Jak zwykle odpoczywało i opalało się mnóstwo osób. Nie spędziłem tam dużo czasu, nie lubię gdy mięśnie wystygną, więc 5 minut spoczynku i jazda. W drodze powrotnej narzuciłem sobie wysokie tempo, więc co chwila wyprzedzałem innych rowerzystów. Na wysokości Pychowic doznałem lekkiego szoku gdyż równo ze mną kręciła pani w okolicy 40 roku życia na miejskim rowerze. Niezłe miała tempo i udało mi się ją zgubić dopiero na wysokości Mostu Zwierzynieckiego. Po dojechaniu do Mostu Dębnickiego, przejechałem przez niego i pomiędzy kamienicami dotarłem do Błoń, skąd już kilkanaście minut dzieliło mnie od domu. Wróciłem około 19 40 i udałem się na zasłużoną relaksującą kąpiel. Kolejny wypad na rowerze udany :)

Trasa: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=4874337

Fotki ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz