piątek, 26 lipca 2013

Krytyczny piątek.

           Cześć, dziś ostatni piątek miesiąca, a co za tym idzie, Masa Krytyczna. Tym razem była ona nazwana Nowohucką. To moja druga "Masa", pierwsza była czerwcowa. Spodobało mi się więc postanowiłem pojechać i tym razem. Szczerze mówiąc wcześniej nie interesowałem Masami Krytycznymi mimo iż wiedziałem że istnieją. Start jak zawsze o 18 i jak zawsze z Rynku Głównego. Tym razem pogoda zapowiadała się pięknie, bo miesiąc temu pod sam koniec deszcz zaatakował z wielką werwą. Spokojnie dojechałem na Rynek i ulokowałem się w cieniu w oczekiwaniu na rozpoczęcie "Masowania". Przed startem udało mi się dorwać dwie naklejki "Kraków Miastem Rowerów". Jedna z nich jest różowa, więc dostanie ją moja ukochana i mam nadzieję że przyklei tam gdzie należy ;) Wyjechaliśmy około 18 20 okrążając Rynek. Opóźnienie na starcie to podobno standard :) Celem trasy było zwiedzenie Nowej Huty i zapoznanie się ze stanem ścieżek rowerowych. Jechaliśmy między innymi przez Rondo Grzegórzeckie, Aleję Pokoju,  Plac Centralny, Bulwarową, Aleję Generała Andersa, Jana Pawła II, Mogilską, Tunelem pod Dworcem PKP, Ul. Szlak, i Łobzowską w stronę Rynku. Jechało się przyjemnie, mam wrażenie że tempo było troszkę większe niż na czerwcowej Masie, co bardzo mnie cieszyło. Nie przepadam za zbyt powolną jazdą, szczególnie moje cztery litery lubią wtedy narzekać. Miło, że na masie jest osoba, która prowadzi tzw "Rower Cargo" na którym zainstalowane jest nagłośnienie i leci z niego muzyka oraz komunikaty od organizatorów. Zawsze weselej jest, gdy słucha się przeróżnych piosenek umilających podróż. Co ciekawe najlepiej na tak wielką grupę rowerzystów reagują turyści, którzy na nasz widok robią przeróżne rzeczy, od klaskania zaczynając a na meksykańskiej fali kończąc. Wielu mieszkańców Krakowa reaguje pozytywnie i macha do całej grupy, ale są też tacy co w ich oczach widać wściekłość ;) Dziś było nas około 530 osób, to chyba całkiem niezły wynik jak na to, że mamy wakacje. Jak chodzi o samą inicjatywę, uważam iż jest ona dobra. Wiem że powoduje korki, ale według mnie nie są to tak poważne utrudnienia jak próbują je przedstawiać niektóre osoby. Mam nadzieję że nie wiele jest osób, które jadą na Masę tylko po to by cieszyć się że blokują ruch. Tu chodzi o to, by pokazać że krakowska infrastruktura rowerowa wciąż wymaga rozbudowy bo w porównaniu do innych miast jesteśmy daleko w tyle. Zapraszam do uczestniczenia cyklicznego uczestniczenia w "Masach". Jest to miła forma spędzenia piątkowego wieczoru dla całej rodziny! Tym razem bez mapy, bo wątpię by ktoś z niej skorzystał ;) Łapcie kilka fotek i do zobaczenia na następnej Masie Krytycznej!







sobota, 20 lipca 2013

Wieczorny Las Wolski.

Dzisiejszego wieczoru za cel obrałem sobie podjazd pod ZOO zaczynający się zaraz za Willą Decjusza i prowadzący wpierw kostką a następnie asfaltem aż pod Ogród Zoologiczny. Z domu wyjechałem dość późno, bo około 17 30 ale dzięki temu było już trochę chłodniej. Pogoda była wprost wymarzona, słonecznie i lekki wiaterek który uprzyjemniał jazdę. Widoczność była świetna co bardzo mnie cieszyło gdyż lubię podziwiać krajobrazy. Droga w stronę lasu przebiegała szybko i gładko. Po około 10 minutach byłem na Błoniach gdzie krakowianie tłumnie oddawali się różnorakim sportom, od rowerowania zaczynając a na puszczaniu latawców kończąc :) Cieszy mnie, że coraz więcej osób wybiera aktywny tryb spędzania wolnego czasu. Z Błoń szybko wjechałem na wał rudawy, swoją drogą niesamowicie zarośnięty po bokach przez wszelakiej maści krzaczory. Po kilkunastu minutach dojechałem do miejsca gdzie wał łączy się z asfaltową drogą, a dokładniej do skrzyżowania na którym należy skręcić w lewo w ulicę Jesionową. Po chwili byłem w Parku Decjusza. Bardzo ładne to miejsce, z dużą ilością ławek na których można wypoczywać w ciszy i spokoju. Z Parku Decjusza wyjechałem w stronę podjazdu pod ZOO. Szybkie uzupełnienie płynów, włączenie stopera by z ciekawości sprawdzić swój czas no i jazda. Początek jak zawsze szedł dość opornie gdyż ta nierówna wytłuczona kostka to niezły spowalniacz. Lekka ulga dopiero przy wjeździe na asfalt, z resztą teren tam robi się płaski i jest tak, aż do punktu poboru opłat, czyli do przystanku Baba Jaga. Wielu z was pewnie ta nazwa intryguje, więc wytłumaczę wam skąd się to wzięło. W okolicy obecnego poboru opłat, a dokładnie nad nim jest taki pusty placyk na którym swego czasu stała niby chatka w której prowadzona była kawiarnia o nazwie Baba Jaga. Mimo że interes upadł, miejsce to nadal jest tak nazywane. Z dziecięcych lat, jak przez mgłę widzę ten domek. Niestety nie jestem w stanie go odtworzyć przed oczami. Pobliski przystanek MPK też nosi nazwę Baba Jaga. Ciekawe czy dzieci jadące do Ogrodu Zoologicznego na wieść o tejże nazwie wypatrują przez autobusowe okna kobiety na miotle, a może chowają się pod siedzenia? ;) Dobra, koniec domysłów, czas wrócić na trasę. Prawy zakręt zaraz za Babą Jagą jest chyba najbardziej stromą częścią podjazdu i tętno w tym miejscu skacze mi niesamowicie ;) Po pokonaniu tego zakrętu robi się na kilkadziesiąt metrów płasko więc można odsapnąć, potem jeszcze kilka zakrętów, trochę ostrzejszy podjazd i widać już Ogród Zoologiczny. Mój czas? no słaby... 12 minut i 24 sekundy. I pomyśleć ze jakieś 10 lat temu wjeżdżałem tam w około 10 minut. Jest nad czym pracować :) O dziwo pod ZOO nie było jakiś wyjątkowych tłumów mimo, iż dzisiaj mamy sobotę. Usiadłem na kilka minut na ławce by porozmyślać o dalszej trasie i odsapnąć.. Miałem zjechać najprostszym leśnym sposobem, tak by wyjechać w miejscu gdzie kończy się downhillowa trasa zwana "Łopata" i zjechać drogą pod Willę Decjusza. Stwierdziłem że to jednak zbyt proste i porwałem się ponownie na Singletrack. Tym razem postanowiłem przejechać tylko pierwszą, starą część. Dziś było suchutko więc jechało się 2 razy szybciej i pewniej no i naprawdę mi się spodobało. Drugą część wezmę na plecy dopiero jak jeszcze trochę podszkolę technikę i zrobię coś z przednim hamulcem bo niestety tarczówka RST to bardziej spowalniacz niż hamulec. Na mapie musiałem zaznaczyć najprostszą możliwość zjazdu na Przegorzały gdyż nie jestem w stanie narysować tam trasy singletracka. No więc wyjechałem na wspomniane już Przegorzały i znów dopadł mnie dylemat: Salwator czy tor kajakowy przy Kolnej, niedaleko Tyńca. Pogoda piękna, siły są więc wybór był prosty - jedziemy w stronę Tyńca. Wjechałem na wał Wisły który jest elegancko wyasfaltowany i szybkim tempem dotarłem do kładki nad Wisłą przy A4. Po przejechaniu na drugą stronę zajechałem nad tor i usiadłem na "trybunach" Jak zwykle odpoczywało i opalało się mnóstwo osób. Nie spędziłem tam dużo czasu, nie lubię gdy mięśnie wystygną, więc 5 minut spoczynku i jazda. W drodze powrotnej narzuciłem sobie wysokie tempo, więc co chwila wyprzedzałem innych rowerzystów. Na wysokości Pychowic doznałem lekkiego szoku gdyż równo ze mną kręciła pani w okolicy 40 roku życia na miejskim rowerze. Niezłe miała tempo i udało mi się ją zgubić dopiero na wysokości Mostu Zwierzynieckiego. Po dojechaniu do Mostu Dębnickiego, przejechałem przez niego i pomiędzy kamienicami dotarłem do Błoń, skąd już kilkanaście minut dzieliło mnie od domu. Wróciłem około 19 40 i udałem się na zasłużoną relaksującą kąpiel. Kolejny wypad na rowerze udany :)

Trasa: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=4874337

Fotki ;)

wtorek, 16 lipca 2013

Tyniec, Las Wolski i nowy singletrack.

Witam :) Po ostatnich kilku dniach z przykrą pogodą wreszcie nastąpiło przyjemne wypogodzenie. Postanowiłem skorzystać z tego, iż za oknem zrobiło się słonecznie i zaliczyć wypad na rower. Standardowo przestudiowałem mapę i zrodził się pomysł by połączyć Skotniki, Uroczysko Skołczanka, Tyniec i Las Wolski. W Skołczance nie byłem wiele lat, Tyniec bardzo lubię gdyż kojarzy mi się z wycieczkami z moich lat dorastania a Las Wolski skusił mnie tym, że niedawno przeczytałem na stronie BikeBoardu iż zbudowano i otwarto tam nowy singletrack. Przyznać muszę iż o starym też nie wiedziałem ;) Dzięki temu wpadła okazja do zaliczenia obu naraz. Podczas przygotowań do wyjazdu trochę zaniepokoił mnie dźwięk podczas obrotu prawym pedałem gdyż sugerował on, że z łożyskiem chyba jest coraz gorzej no ale nie ma się co dziwić bo moje platformowe pedały Fishbone mają już dobre 10 lat. Są one dla mnie symbolem trwałości, jednocześnie dostępnym za przystępną cenę. Kilka dni temu dorwała mnie potężna ulewa i jako że szczelność już nie ta, do środka musiało dostać się trochę deszczówki co powodowało chrobotanie aż zęby bolały. No cóż, będzie trzeba rozkręcić go przy najbliższej okazji i przesmarować. Przez pierwszy kilometr miałem obawy co do pedała ale na szczęście z czasem odgłosy wróciły do normalności. Moja trasa jak zwykle przy okazji jazdy w tamte strony wiodła przez Park Krakowski, AGH, Błonia i ścieżką rowerową aż do mostu Dębnickiego. Po przejechaniu na drugą stronę skręciłem na wał Wisły i swą drogę kontynuowałem w stronę Pychowic. Po dojechaniu do Pychowic, aby kontynuować jazdę zaplanowanym szlakiem musiałem zjechać z drogi dla rowerów na ulicę Tyniecką. Ową ulicą jechałem aż do Kostrzy gdzie skręciłem w lewo. Droga przez chwilę wiła się serpentynami a po wyjechaniu na prostą ujrzałem drogę dla rowerów co bardzo mnie ucieszyło. Jechałem już kiedyś tędy, co prawda w drugą stronę ale totalnie o niej zapomniałem. Było naprawdę przyjemnie, słońce miło muskało swymi promieniami moją twarz, delikatny wiaterek wysuszał krople potu na czole i tylko komary jak zwykle zakochane we mnie towarzyszyły mi momentami ;) Wjechałem do Skotnik i tu chwila zastanowienia, rzut oka na mapę i już wiedziałem gdzie jechać. Należało skręcić w prawo przy przystanku Skotniki Szkoła i przejechać obok szkoły mając ją po prawej stronie. Krótki zjazd w dół, kończy się asfalt i zakręt w lewo. Teraz jechałem już ubitą dróżką przez łąki. Niestety sielankowy klimat po chwili zamienił się w błotną kąpiel. Okleiłem koła błotnym ciastem tak, że tylne prawie nie mieściło się pomiędzy widełkami :) Ostatnie opady deszczu nieźle napsuły krwi pozostawiając po sobie rozmokniętą glebę tak niekorzystną dla nas rowerzystów. Jechałem dość wolno by nie uzupełnić swojej diety o strzelającą z opon we wszystkie strony glinę zmieszaną z kamyczkami a i tak posmakowałem tych delicji ;) Znów chwila zastanowienia gdzie jechać. Na mapie zaznaczony był po lewej stronie jakiś fort a ja widziałem tam tylko drzewa i krzaki ale doszedłem do wniosku że to chyba to miejsce i skręciłem w prawo. Po drodze zapytałem napotkaną osobę czy droga ta kończy się za chwile, czy uda się nią dojechać do mostu nad A4. Na szczęście dla mnie, miły pan poinformował że uliczka nie jest ślepa co bardzo mnie ucieszyło i szczęśliwy szybko ruszyłem przed siebie. Zatrzymałem się na moście nad A4 by zrobić fotkę gdyż bardzo ładnie stamtąd było widać Klasztor Kamedułów. Ok, fotka zrobiona i można ruszać. Asfaltowa droga wiedzie kilkaset metrów przez las i wyrzuca nas na Podgórki Tynieckie. Bardzo ładna okolica usłana jednorodzinną zabudową, położoną na granicy lasu. Aż chciało by się tam mieszkać, co prawda do miasta kawałek a autobus zbyt często nie kursuje ale cisza i spokój muszą mieć swoją cenę. Przy jednym z przystanków zauważyłem elegancką ławkę więc postanowiłem chwile odpocząć, skontrolować mapę i napisać SMS do narzeczonej iż wszystko ze mną w porządku, niech się biedna nie martwi gdy jadę sam i nie daje znaku życia ;) Po odpoczynku i uzupełnieniu płynów wsiadam na mojego ogiera i udaję się w stronę Skołczanki. Droga asfaltowa kończy się po wjechaniu w las i zaczyna ubita, usłana kamieniami dość szeroka dróżka, taka że spokojnie mogą przejeżdżać tamtędy samochody, z resztą jakiś dostawczak stał tam na poboczu. Na mój widok kierowca odpalił silnik i odjechał, ciekawe czy w środku jakaś dama pochylała się nad jego "losem" ;) Skołczanka jest naprawdę piękna, w pewnym momencie po prawej stronie zobaczyłem coś kolorowego i postanowiłem podjechać bliżej. Okazało się że w skale umiejscowiona jest figura Matki Boskiej a pod stolik z białym obrusem i wiele kwiatów na nim oraz wokół niego. Kwiatów było naprawdę mnóstwo, niestety brakowało jakiejkolwiek informacji co to za miejsce. Dopiero po powrocie do domu w internecie znalazłem informację iż jest to Sanktuarium Matki Boskiej Pośredniczki Łask. Jest tam sporo ławek ale przy obecnej ilości owadów nawet chwilowy odpoczynek nie był możliwy. Mimo że nigdzie nie zatrzymywałem się na dłużej i tak teraz, pisząc tą notkę drapię się co chwila po kostce. Wrr jak swędzi! Wyjechałem ze Skołczanki i po chwili byłem już w Tyńcu. Zaliczyłem miejscowy sklep by uzupełnić zapas wody gdyż przede mną była jeszcze trasa z Tyńca do Lasu Wolskiego co oznaczało spory podjazd. W Tyńcu zatrzymałem się na chwilę nad samą Wisłą gdyż w Opactwie Benedyktynów byłem już bardzo wiele razy i nie ciągnęło mnie tam tym razem. Widać że są wakacje gdyż mnóstwo samochodów zaparkowanych było w okolicy opactwa a nad Wisłą spory tłum rodziców z dzieciaczkami. Cyk foto i można jechać dalej, teraz w stronę stopnia wodnego Kościuszko. Na trasie pomiędzy Tyńcem a Stopniem wodnym Kościuszko po prawej stronie widać spory zbiornik wodny który jest po prostu starym nurtem Wisły. Teraz mnóstwo tam rybaków którzy oddają się swojej pasji. Szybko dojechałem do przejazdu pod A4, popatrzyłem chwilę jak woda na tamie spada z hukiem tworząc piękną bryzę i zrobiłem rundkę wokół tutejszego toru kajakowego. Trzeba przyznać że spora ilość ławek, które postawiono wzdłuż toru wspaniale służy rowerzystom i rolkarzom przyjeżdżającym tutaj jako miejsce do opalania się i wypoczynku. Teraz musiałem podjechać lekko pod górkę by wjechać na most dla pieszych i rowerów prowadzący nad Wisłą. Po przejechaniu na drugą stronę skręciłem w prawo i udałem się ulicą Mirowską w stronę serpentyn na Księcia Józefa. Na owych serpentynach zaczął się najcięższy podjazd dzisiejszego dnia. Serpentynki poszły gładko, teraz skręt w prawo i jazda w kierunku Klasztoru Kamedułów. Po obu stronach drogi na zboczach ulokowane są winorośla. Aż przyszedł mi smak na dobre winko przy kolacji z narzeczoną :) Droga wiła się pod górę, wyciskając ze mnie coraz więcej wysiłku. Lubie czuć pieczenie w mięśniach, przyśpieszony oddech i walczyć ze swoim zmęczeniem. Każda wygrana walka powoduje że człowiek staje się silniejszy psychicznie i fizycznie. Ból trwa tylko chwilę a sukces pozostaje wieczny. Na końcu podjazdu Aleją Wędrowników, po prawej stronie umiejscowiona jest figurka Matki Boskiej z drewnianą tabliczką i wyrytym napisem "Znajdź swoją drogę wędrowcze" Ja swoją znalazłem kilka lat temu, poznając Agatę. Warto się czasem zastanowić czy idziemy tą właściwą drogą, tą która nas uszczęśliwia, powoduje że czujemy się spełnieni i że nigdy z tej drogi nie będziemy chcieli skręcić. Ja tak właśnie czuje i każdemu z was życzę tego samego. Teraz krótki podjazd a następnie zjazd i tym sposobem dotarłem pod ZOO. Teraz należało skręcić w prawo w poszukiwaniu tych singletracków. Droga wiedzie wzdłuż drewnianych barierek cały czas w dól i po chwili należy odbić w prawo. Ścieżka jest wąska, typowy singiel. Poprowadzona jest ona zakosami, ma dość fajnie wyprofilowane zakręty. Stary singletrack jest świetnie ubity i nawet ostatnie deszcze go nie rozmoczyły. Nie jest też trudny do pokonania. Nowa część otwarta niedawno okazała się naprawdę ciężka do przejechania gdyż trasa jest świeża i bardzo śliska. W dwóch miejscach musiałem sprowadzić rower gdyż moje opony nie miały smaku wgryzać się w glinę i stwierdziłem że nie czuje pociągu do tulenia drzew. Myślę że na obie części singla wrócę za miesiąc lub dwa gdy trasa trochę się ubije a co najważniejsze będzie sucha. Jej plusem jest na pewno oznakowanie gdyż początek oznaczony jest taśmami Bikeboard'u a na trasie powbijane są tabliczki z różnymi wesołymi napisami. A jakie to napisy sprawdźcie sami ;) Na mapie zaznaczyłem prostszy sposób zjechania spod ZOO na Przegorzały gdyż nie jestem w stanie zaznaczyć dokładnie trasy singletracków. Po wyjechaniu na Przegorzały pojechałem wzdłuż drogi w kierunku Salwatora na który dotarłem po kilkunastu minutach. Teraz w lewo wzdłuż Rudawy, na Błonia. Postanowiłem zajechać pod studnie na Cichym Kąciku bo ilość błota na rowerze była masakryczna. Po przemyciu roweru i siebie przejechałem jeszcze wzdłuż Błoń pod Rotundę i standardową trasą do domu. Było świetnie, przyznam że po powrocie do domu i przyjemnej kąpieli miałem ochotę jeszcze gdzieś pojeździć ale po zjedzeniu obiadu poczułem przyjemną chęć snu. Nie przepadam za snem w dzień, no chyba że jestem totalnie wyczerpany, więc postanowiłem przeglądnąć zdjęcia z dzisiejszej wycieczki i wybrać najciekawsze dla was. Zdjęcia oraz mapę macie tutaj pod tekstem. Pozdrawiam!

Mapa trasy: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=4851818

 Widok z bulwarów Wisly na Kopiec Kościuszki
 Błotko i kamyczki - mniaaam!
 Widok z mostu nad A4 w kierunku Klasztoru Kamedułów
 Wjazd do Skołczanki
 Droga przez Skołczankę
 Sanktuarium Matki Boskiej Pośredniczki Łask
 Widok spod Klasztoru Benedyktynów na Wisłę i mój rower ;)
 Wieża Opactwa Benedyktynów
 Okolice stopnia wodnego Kościuszko
 Tor Kajakowy
 Klasztor Kamedułów
 Stopień Wodny Kościuszko
Figurka Matki Boskiej w Lesie Wolskim

niedziela, 14 lipca 2013

I znów rowerowa niedziela poza Krakowem!

I znów niedziela i ponownie wylądowałem u mojej ukochanej lecz tym razem nie było w planach wypadu na rowery gdyż prognozy pogody zapowiadały poważne opady deszczu. Na szczęście tym razem meteorolodzy się pomylili i silny wiatr rozgonił chmury. Z każdą godziną miałem coraz większą ochotę chwycić za kierownicę i popedałować gdzieś przed siebie. Nie wiedziałem jak na mój pomysł zareaguje Agata lecz chyba coraz bardziej lubi ze mną jeździć bo nie było nawet chwili marudzenia. Teraz należało przystąpić do zaplanowania trasy, co nawet poszło dość szybko i sprawnie. Tym razem udaliśmy się na zachód od Alwerni, w kierunku Oświęcimia lecz po przeciwnej do niego stronie Wisły. Spokojnie zjedliśmy obiad, przygotowaliśmy się i przyszło nam wyruszyć. Wystartowaliśmy spod kościoła w Rozkochowie. Z początku droga biegnie przez las, jest to dość szeroka asfaltowa droga łącząca Rozkochów z Babicami. Lubię tamtędy jeździć gdyż wysokie drzewa powodują że nawet w upalne dni jest tam chłodniej czyli przyjemniej ;) Po przejechaniu 1,5 km.dojeżdżamy do skrzyżowania gdzie droga w lewo wiedzie w kierunku Olszyn a prosto leci na Babice. My zgodnie z planem udajemy się prosto i niedługo naszym oczom ukazuje się bardzo ładny widok - wieża Zamku Lipowiec. Jest to naprawdę piękne miejsce, miałem okazję go zwiedzić i bardzo polecam. Z wieży zamku rozciąga się przepiękny widok na Pasmo Babiogórskie a przy dobrej widoczności można dostrzec Tatry. W dniu dzisiejszym robieniem zdjęć zajmuje się moja Pani fotograf więc kilka ciekawych zdjęć objawi się na końcu tego posta. Po sfotografowaniu wieży Lipowieckiego zamku ruszamy dalej i docieramy do szosy idącej od Babic w kierunku Zatora. Przecinamy ją i jedziemy przed siebie mijając po lewej stronie boisko lokalnego klubiku piłkarskiego. Na skrzyżowaniu skręcamy w lewo i przed nami długa, prosta droga ciągnąca się przez Las Babicki. Przy wjeździe do lasu zatrzymujemy się by zrobić zdjęcie i ruszamy dalej ponieważ wiadome owady zaczynają się nami interesować. Niby wypsikaliśmy się jakimś sprayem przeciw komarom i innym syfom ale chyba nie za wiele to daje o czym przekonaliśmy się w drodze powrotnej. Ta asfaltowa droga przez las to chyba istna autostrada. Samochód za samochodem i następny...i kolejny. Z lasu wyjeżdżamy w miejscowości Mętków. Ja byłem tam pierwszy raz więc rozglądałem się we wszystkie strony w poszukiwaniu ciekawych obiektów. Wiedziałem że jest tam bardzo ładny kościół o którym opowiem później. Mętków przejechaliśmy dość szybko i tylko raz musieliśmy zaglądnąć na mapę by sprawdzić czy nie zboczyliśmy z zaplanowanej trasy naszej wycieczki. Mój instynkt jest praktycznie niezawodny (no dobra niedawno troszkę zawiódł ale to nie moja wina że widok z Google Maps to jedno a rzeczywistość gdy przyroda jest bujna, to drugie) W tym przypadku jechaliśmy tak jak zaplanowaliśmy.i tym sposobem znaleźliśmy się w Żarkach, a raczej na ich południowych obrzeżach. Celem naszej wycieczki było zobaczenie kilku stawów które wypatrzyłem na mapie. Po chwili jazdy szosą przez las, po obu jej stronach wyłoniły nam się owe stawy. Tereny są naprawdę piękne, Stawy otaczają rybacy a rybaków otaczają lasy ;) Co ciekawe niektórzy łowili wprost z zaparkowanych na poboczu samochodów gdyż woda dochodzi praktycznie do drogi. Gdybym był pasjonatem spania nad wodą przez 8 godzin by raz pokręcić kołowrotkiem po to by złapać rybkę a potem ją wypuścić to pewnie rzuciłbym rower w krzaki, wyciągnął wędkę i zarzucił spławik. Na szczęście wole aktywny tryb życia i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną. Aby nie było nudno trasę zaplanowałem tak, by pokrywała się ona ze sobą w jak najmniejszej skali. Okolice te poza tym że należą do wsi Żarki są podzielone na przysiółki. I tak oto według mapy Google pewne okolice zwane są Ziajkami a inne Bębenkami. Zastanawialiśmy się chwilę skąd takie nazwy i doszliśmy do wniosku że prawdopodobnie pochodzą one od nazwisk jakiś rodzin które w starszych czasach być może były tam dość wpływowe i posiadały spore połacie ziemi. Z terenów stawowych dotarliśmy na przeciwpowodziowy wał Wisły i po przejechaniu go, czyli po około 13,5 km. od początku naszej wycieczki skręcamy w lewo i szutrową drogą jedziemy wzdłuż koryta Wisły. Po niedługim czasie łączymy się z drogą którą jechaliśmy w stronę jezior i wracamy przez Mętków. Będąc w tej miejscowości nie można nie odwiedzić miejscowego kościoła, który został przeniesiony tu z Niegowici jako zabytek, w latach 1972 - 1974. Co ciekawe, gdy kościół ten stał jeszcze w Niegowici, jako wikariusz pracował tam Karol Wojtyła, który po przeniesieniu kościoła do Mętkowa, już jako kardynał odprawił w nim mszę konsekracyjną. Obecnie poza mszami często odbywają się w nim koncerty. Podczas zwiedzania kościoła zaczepił nas bardzo miły pan, który opowiedział nam krótko o losach kościoła i o tym że w najbliższych dniach mają odbyć się tam zdjęcia do jakiegoś Włoskiego filmu o Janie Pawle II. Jeśli ktoś z was będzie w okolicy, polecam zajrzeć do środka bo wnętrze jest niesamowite. Po wpisaniu się do księgi gości opuszczamy to niezwykłe miejsce i ruszamy w dalszą drogę. Mijając miejscową szkołę dojechaliśmy do skrzyżowania na którym należało skręcić w prawo i tak oto znów byliśmy na drodze przez las pomiędzy Mętkowem a Babicami. Aby było ciekawiej, zaplanowałem odbicie z drogi w las. I tym razem instynkt mnie nie zawiódł, gdyż skręciliśmy w dobrym miejscu tylko droga przez las była dość gęsto porośnięta i choć ubita to nie brakowało głębokich błotnych kałuż. Po przejechaniu mokrego odcinka moja łydka zażyła kąpieli błotnej, oby zdrowotnej a mój lewy but po takiej ilości błota powinien żyć dłużej niż ja ;) Wielkim minusem leśnego szlaku były niezliczone ilości owadów które raz po raz siadały na miejscach nie wypsikanych sprayem, a w sumie to siadały wszędzie. No może nie gryzły aż tak jak np. w szyję której nie potraktowałem tym "cudownym" specyfikiem ale skutecznie utrudniały jazdę. Po kilkunastu minutach ujrzeliśmy szlaban i to był znak że las się kończy. Trochę szkoda gdyż liczyłem na spotkanie jakiegoś dzikiego zwierza :) Wyjechaliśmy w Jankowicach, w okolicach kościoła i po zorientowaniu się gdzie jesteśmy a następnie skręceniu w odpowiednią drogę dotarliśmy ponownie do szosy Babice - Zator. Tym razem musieliśmy nią przejechać kilkaset metrów w stronę Babic by następnie skręcić w prawo w kierunku Olszyn. W Olszynach znów w prawo i tym sposobem jadąc wzdłuż granicy lasu docieramy do drogi z Rozkochowa na Babice. Skręcamy w nią i dość miło się rozpędzamy gdyż w tą stronę jedzie się lekko w dół. Przyjemny pęd przerywa wołanie mojej kobiety która przypomniała sobie że w połowie tej drogi, kilkadziesiąt metrów wgłąb lasu jest mogiła mieszkańców okolicznych wsi którzy swego czasu zmarli na cholerę. Zajeżdżamy tam i po zrobieniu zdjęcia temu przykremu miejscu wracamy na drogę. Teraz zostało nam kilka minut jazdy i po niezbyt męczącej wycieczce meldujemy się w punkcie wyjścia. Kolejny raz wycieczka bardzo nam się udała, pogoda dopisała, obyło się bez awarii sprzętu a moje kochanie było zadowolone. Oby tak było zawsze. A ja jak zwykle daję wam mapę z zaznaczoną trasą oraz fotki. Pozdrawiam!

Mapa: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=4840101

Zdjęcia:
Widok na wieżę kościoła w Babicach (bliżej) i wieżę zamku Lipowiec (dalej)
Szlak rowerowy przez Babice
Droga z Babic do Mętkowa
Jeden ze stawów w Żarkach
Kamień przy kościele w Mętkowie dedykowany Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II przez mieszkańców Mętkowa.
Kościół w Mętkowie
 Mogiła zmarłych na Cholerę

wtorek, 9 lipca 2013

Niedzielny wypad do lasu.

Tym razem odsuniemy się trochę od Krakowa. Jako że moja narzeczona mieszka w okolicach Alwerni, rowerów u niej pod dostatkiem a do tego miała dopisywać pogoda, postanowiłem namówić moją kobietę na wspólny wypad. Do ustalenia pozostała tylko trasa, więc jak zwykle zająłem się jej organizacją. Od jakiegoś czasu kusił mnie niedaleki Las Orley znajdujący się nieopodal miejscowości Brodła. Po przejrzeniu mapy wytyczyłem trasę i tak oto zostało nam tylko zjeść obiad i jechać. Niestety start okazał się niewypałem gdyż rower który kiedyś poskładałem i wywiozłem do ukochanej by móc jeździć tam na swoim, okazał się zdefektowany. No tak, dość stara aluminiowa rama, niestety brak wymiennego haka przerzutki i zerwany w nim gwint nie pozwolił na wyjazd właśnie na tym sprzęcie. Jak dobrze że są jeszcze dwa inne więc po szybkiej przesiadce udało się wyruszyć. Początek trasy to dość malowniczy odcinek pomiędzy Rozkochowem a Alwernią. Z tej pierwszej miejscowości do Alwerni prowadzi asfaltowa droga która wpierw wije się przez łąki a następnie wpada do lasu u wylotu którego po prawej widać bramę Zakładów Chemicznych w Alwerni. Następnie dotarliśmy do głównej szosy prowadzącej z Krakowa w Kierunku Oświęcimia lub odwrotnie, jak kto woli ;) Na szczęście szosą musieliśmy przejechać jedynie kilkadziesiąt metrów. Po odbiciu w prawo jechaliśmy już wygodnie, szeroką asfaltową drogą prowadzącą w kierunku zalewu Skowronek. Zalew ten to dość popularne miejsce gdyż jest tam wytyczona plaża i dozwolona jest kąpiel co powoduje że można spotkać tam samochody na tablicach z przeróżnych województw i powiatów.  Skręciliśmy w lewo i przejechaliśmy obok Skowronka by następnie zacząć wspinać się ku miejscowości Brodła. Tym razem przecinamy drogę Kraków - Oświęcim i udajemy się w kierunku Lasu Orley. Po krótkim podjeździe zatrzymujemy się na uzupełnienie płynów i wyciągnięcie łańcucha z pomiędzy kasety a ramy. Tak to bywa gdy nie jedzie się na swoim rowerze i nie ma się wyczucia co do zmieniania biegów przy niezbyt dobrze wyregulowanej przerzutce. Po chwili postoju ruszamy a droga zaczyna opadać w dół, w pewnym momencie można się nawet nieźle rozpędzić. Widzimy odpoczywającą na poboczu parę z dziećmi w fotelikach rowerowych, która dzielnie będzie potem walczyła z podjazdami w Lesie Orley. Dojeżdżamy do rozwidlenia dróg przy którym postawiono drewniane ławki oraz stolik i tablicę informującą o miejscu w którym się znajdujemy. Robimy sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie i musimy ruszać bo armia komarów zaczyna atakować. Wjeżdżamy do lasu i jak narazie zaskakuje droga, zwykła asfaltowa dostępna dla samochodów. Po jakimś czasie nasza trasa skręca w lewo. Myślałem że skończy się asfalt i zacznie ubita ziemia, a tu zaskoczenie gdyż szlak rowerowy wytyczony przez ten las także jest asfaltowy. Moja ukochana postanowiła zrobić kilka zdjęć lecz mnie zaczęły zjadać komary więc ze zdjęciami z tej wycieczki kiepsko. Jako że Agata niestety skazana była na rower potocznie zwany składakiem, brak możliwości zmiany biegów nie pomagał jej w podjeżdżaniu. Pojawiło się pierwsze zmęczenie na jej twarzy, co dla mnie było oznaką że może zacząć się drobne narzekanie na  wytyczoną przeze mnie trasę ;) Na szczęście nie było tak źle i poza paroma tekstami typu "No nieee znowu podjazd?" obyło się bez bury dla mnie. Po drodze w lesie ponownie spotkaliśmy parę z dziećmi. Ich tata dobrze kręcił pod górę, co prawda mało rytmicznie przez co dziecko siedzące w foteliku zabawnie odbijało się kaskiem od oparcia fotelika przy każdym szarpnięciu rowerem ale nie było z tego powodu niezadowolone a mnie doprowadziło do uśmiechu na ustach. Po wyjechaniu z lasu ukazał nam się piękny widok na Zamek w Tenczynie. Widok na Tenczyn będzie jedynym zdjęciem tej wycieczki ;) Szkoda że ów zamek aktualnie nie jest dostępny do zwiedzania ale i tak mamy plan wybrać się tam w niedalekiej przyszłości. Wracając do trasy, wyjechaliśmy w Grojcu i po krótkim podjeździe dotarliśmy do skrzyżowania przy stacji kontroli pojazdów na którym skręcamy w lewo i zaczyna się to co tygryski lubią najbardziej - dłuuuugi zjazd aż do samej Alwerni. Sama Alwernia to bardzo ładne miasteczko ze znanym w całej Polsce Klasztorem Bernardynów który naprawdę warto odwiedzić. My byliśmy tam już swego czasu to też tym razem tam nie zaglądaliśmy. Niektórzy bardziej kojarzą Alwernię jako miejsce urodzenia aktora grającego Ferdynanda Kiepskiego ;) Po chwili jazdy w dół znów docieramy do szosy Kraków - Oświęcim. Jako że znajduje się tam znany dyskont spożywczy, postanawiamy zajrzeć do środka by dać się zaskoczyć jakością i zrobić małe procentowe oraz jedzeniowe zakupy na wieczorny odpoczynek. Po dojechaniu pod Zakłady Chemiczne wracamy tą samą trasą przez las i pomiędzy łąkami oraz polami do miejsca w którym rozpoczęliśmy wycieczkę. Było naprawdę fajnie, dobrze jest się zmęczyć nie tylko dlatego że piwo lepiej smakuje ;) Moja narzeczona też wyglądała na zadowoloną więc pozostało tylko zrobić obiecany podczas podjazdów masaż i można było delektować się absolutnie nie sportowym podwieczorkiem. I tak zakończyła się kolejna wycieczka, tym razem nie jedna z wielu ale wyjątkowa bo to kolejny krok do pokochania rowerów przez moją kobietę :)

Trasa w formie mapki oraz fotka:

 http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=4815776

Dzisiejsza wycieczka: Kraków - Dolina Mnikowska- Kraków

Plan tej wycieczki zrodził się w mojej głowie już jakiś czas temu lecz nie było odpowiedniej motywacji do tego, by się tam wybrać. Dosyć rzadko wybieram się na zachód od mojego ukochanego miasta. Zwykle kieruję się w stronę Dolinek Podkrakowskich, Ojcowa czy Zielonek. Nie ukrywam że inspiracji do wymyślania tras szukam oglądając z lotu ptaka teren poprzez Google Maps. Tym razem padło na Wąwóz Miedzyrzeczki i Dolinę Mnikowską. Jeszcze przed wyjazdem musiałem pomęczyć się z wymianą linki w przednim hamulcu gdyż niestety już była dość sfiksowana. Na szczęście wyrobiłem się z tym do godziny 15 gdyż na tą godzinę zaplanowałem sobie wyjazd. Jeszcze tylko wziąć coś do picia i można jechać. Od początku dość konkretnie przypiekało słońce ale nie było czuć duchoty co bardzo korzystnie wpływało na jazdę. Jako że mieszkam na Krowodrzy, początek trasy nie licząc osiedlowych uliczek wiódł przez Młynówkę Królewską. Dojechałem nią do Bronowic, gdzie już skręciłem na ulicę i po przejechaniu obok pętli tramwajowej i skręceniu w Balicką wreszcie można było nabrać tempa. Jazda ulicami to nic ciekawego choć akurat tutaj widoki są niezłe. W pewnym momencie po lewej stronie widać całkiem ładne stawy. Po dojechaniu do Węzła Balickiego przejechałem pod obwodnicą Krakowa i udałem się prosto w kierunku Aleksandrowic. Jako że trasę tą pokonywałem po raz pierwszy trzeba było dokładnie obserwować teren by wiedzieć gdzie skręcić. Na szczęście po małym rekonesansie z Google Street View miałem przed oczami newralgiczne miejsca. Pamięć fotograficzna się przydaje ;) Zaraz za osiedlem bloków w Aleksandrowicach skręciłem w lewo, następnie przejazd pod Autostradą A4 i w prawo w kierunku cmentarza w Morawicy. Przy cmentarzu w lewo a następnie krótki zjazd w dół do skrzyżowania które na szczęście też zapamiętałem i miałem pewność że mam jechać prosto. Teraz należało skręcić w prawo i z asfaltu zjechać na drogę szutrową, to znaczy byłem pewny że będzie ona szutrowa lub ziemna a okazała się być usłana luźnymi kamieniami które w połączeniu z podjazdem i dość sporym rowem na środku drogi, chyba wydrążonym przez spływającą tamtędy podczas opadów wodę, spowodowały że podjazd który miał być dość łatwy okazał się trudny technicznie przez co kilka metrów przemierzyłem pieszo. Podjeżdżania nie ułatwiały też niezliczone chmary komarów i bąków które chyba bardzo upodobały sobie tamto miejsce. Przyznam że widok stamtąd w kierunku lotniska Balice oraz gór był piękny. Jest to około 18 kilometr na mapie którą wrzucę na końcu. Po kliknięciu na "pokaż szczegóły" będzie taki fajny wykres wysokościowy i odległościowy dzięki któremu łatwo zlokalizować daną odległość na szlaku. Po wyjechaniu na szczyt podjazdu moja trasa prowadziła niebieskim szlakiem. Teraz wjazd do lasu i długi zjazd Wąwozem Półrzeczki. Przyznam że szlak jest świetny. Ziemia jest ubita i widać że często pojawiają się tam rowerzyści. Początek zjazdu to dość lekkie nachylenie lecz po kilkuset metrach robi się naprawdę ostro. Tą część polecam pokonać dość powoli i technicznie gdyż korzenie drzew nie pomagają w zjeździe, no chyba że ktoś ma umiejętności downhillowe to może puścić hample ;) Po pokonaniu dość stromego zjazdu skręcamy w lewo i już wąską ścieżką jedziemy cały czas w dół mając po lewej stronie rzeczkę. W pewnym momencie szlak tarasuje zwalone dość spore drzewo na które należy uważać gdyż jedyna możliwość ominięcia go to objechanie nad nim. Niestety nie zdążyłem zredukować biegów i musiałem pokonać kilka metrów z buta. Po chwili droga się poszerza i po obu stronach widzimy domy. Dojeżdżamy do asfaltowej drogi i w tym momencie należy skręcić w nią w lewo i przejechać kilkadziesiąt metrów a następnie skręcić w prawo ku Dolinie Mnikowskiej. Wjeżdżając od tej strony całą dolinkę pokonujemy w dół. Niestety próba chwilowego relaksu na jednej z wielu ławek okazała się nie do wytrzymania gdyż zleciały się gryzące mendy ;) Trzeba było jechać dalej. Po prawej stronie ujrzałem długie schody prowadzące ku skale a na ich szczycie namalowany na kamieniu wizerunek Matki Boskiej Skalskiej. Wygląda on naprawdę pięknie. Został on namalowany w 1863 r. przez Walerego Eljasza-Radzikowskiego prawdopodobnie po to by utworzyć tam miejsce modlitw dla ukrywających się tam uczestników Powstania Styczniowego. Po napatrzeniu się na piękne okolice wyjechałem z doliny i następnie po dojechaniu do Mnikowa skręciłem w prawo a po kilkuset metrach zjazdu w lewo, w kierunku Krakowa. Po drodze przejechałem przez Cholerzyn i okolice zalewu zwanego do niedawna Kryspinów a aktualnie Zalew na piaskach i Zalew Budzyński. Delikatne zmęczenie i wysoka temperatura powodowały dużą chęć wskoczenia do wody ;) Po dotarciu do skrzyżowania skręciłem w lewo i udałem się w kierunku Balic. W pewnym momencie dojechałem do miejsca w którym już dziś byłem a mianowicie do przejazdu pod Krakowską Obwodnicą. Plan był taki by od tego miejsca wrócić do domu tą samą trasą ale podkusiło mnie by skręcić za wiaduktem w prawo i udać się w znane widokowe miejsce z którego mnóstwo osób ogląda lądujące samoloty. Jak dobrze że jest tam szlaban na którym można sobie spocząć ;) Niestety akurat w tym momencie nie chciał lecieć żaden samolot poza jednym wojskowym który chyba trenował podchodzenie do lądowania. Po chwili udałem się w dalszą drogę. Po kilkuset metrach skręciłem w lewo i jadąc ubitą drogą wśród pól, dotarłem do przejazdu kolejowego. Patrze w lewo - pusto, patrzę w prawo... O, jest szynobus :) Niestety w środku pasażerów jak na lekarstwo. Czasem zastanawiam się jak im się opłaca prowadzić tą linię. Może gdyby bilety były w rozsądnej cenie, więcej osób by jeździło. Teraz szybki przejazd przez obrzeża Olszanicy, nawrót w lewo z asfaltowej drogi, krótki wyjazd pod górkę i w prawo przez łąki obok wypasających się mlekodajek i po chwili byłem nad Rudawą. Już coraz bardziej zmęczony trochę wolniej kręciłem w kierunku Błoń na których odpocząłem na jednej z ławek patrząc na coraz niższe już słońce. Jeszcze kilkanaście minut ulicami Krakowa i dotarłem do domu. Szybka kąpiel, kolacja i kolejny wypad można było podsumować i uznać za udany. Tutaj daję link do mapy: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=4809668 A tutaj kilka fotek niestety z telefonu:



                                       

Niedługo kolejne wpisy :) Pozdrawiam.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Powitanie

                Witam wszystkich, na początku chyba pasowało by się przedstawić. Mam na imię Piotr, uwielbiam turystycznie przemierzać Kraków i okolice na swoich ukochanych dwóch kółkach i postanowiłem założyć ten blog chyba w szczególności dla siebie samego by móc kiedyś powspominać swoje rowerowe wycieczki.
Moja pasja do wszystkiego co związane z rowerami zaczęła się już około 15 lat temu gdy mój tata zaczął zabierać mnie ze sobą w trasę. Wiadomo, jak to dziecko nie zawsze byłem zadowolony ze stopnia trudności wycieczki czy też jej długości, no bo 15-20 kilometrów dla 10 - 12 letniego dzieciaka to prawie jak okrążenie ziemi ale z czasem sam zacząłem stawiać sobie coraz to trudniejsze cele. Różnie to w życiu bywa więc był też okres kilku lat w których na swój rower wsiadałem sporadycznie lecz na wiosnę ubiegłego roku znów poczułem chęć do przemierzania świata z wiatrem we włosach i z muchami w ustach ;) Mam nadzieję że uda mi się nakłonić do tego także moją przyszłą żonę. Czasem udaje się ją wyciągnąć na jakieś krótkie wypady lecz po cichu marzę że z czasem będzie miała taką samą ochotę na kręcenie jak i ja ;) Będę się starał opisywać wyprawy jak najszybciej po powrocie gdyż wtedy najłatwiej przelać wszystko na papier, no w tym przypadku na klawiaturę ale pojawi się też kilka wycieczek z wcześniejszych czasów lecz ciężko będzie je opisać z konkretną datą ale to chyba bez znaczenia. Pojawi się na pewno trochę zdjęć. Czasami będą to zdjęcia z aparatu cyfrowego a czasem troszkę marniejszej jakości fotki z komórki gdyż nie zawsze mam ochotę taszczyć ze sobą torbę z cyfrówką. Postaram się też większość opisywanych tras zaznaczyć na stronie Wikiloc gdyż dzięki temu łatwiej będzie je zlokalizować. Pozdrawiam i życzę miłego czytania, jeśli w ogóle komuś się będzie chciało ;)