Po zakupie licznika przeszła mi przez głowę myśl by wymienić przedni amortyzator, gdyż stary RST 381 EL nie dawał mi komfortu jazdy. Największym problemem było nie to że skok mały i że jego praca pozostawiała wiele do życzenia. Problemem było to, że producent dociął sterówkę tak, by była ona długością na styk do mostka. Nie było opcji założyć jakichkolwiek podkładek. przez tak nisko położoną kierownice na wszelakich zjazdach nie czułem się zbyt pewnie a i podnieść koło przy wjeździe na krawężnik było nie lada wyczynem. Nigdy o tym nie wspominałem ale rower na którym jeżdżę to jakaś Niemiecka produkcja. Kupiłem używanego, za grosze na Allegro, gdyż zachęcił mnie jego osprzęt. Na pewno nie jest to tzw "makrocash" gdyż w nich nie montują przerzutki z klasy Deore. Firmy nie znam, tak czy siak po paru przekładkach z poprzedniego roweru jeździ się całkiem godnie. Wracając do wymiany. Jako że nie jestem zbyt wymagającym jeźdźcem potrzebowałem prostego amortyzatora który podniesie mi główkę ramy. Padło na RST Gila T. Wiele osób dywaguje na temat tego czy wybrać Suntoura czy RST. W sumie przez całe życie jeździłem na różnych modelach RST i nie mam co narzekać. Moja spora waga skutecznie poprawia pracę amortyzatora ;) Faktem jest, że dla osoby ważącej dajmy na to 60 kg, ugięcie RST Gila nawet na najmiększym ustawieniu mogło by być problemem, a dla mnie jest idealnie. Amortyzator został przetestowany w warunkach leśnych ;) Lasek Wolski jest do tego idealny. Przyznam, że prędkość na zjazdach wzrosła sporo :) Nierówności które ówcześnie sprawiały mi kłopot i musiałem zwalniać, Gila łyka jak pelikan rybkę. Najbardziej cieszy mnie spore podniesienie główki ramy. Może to dziwne gdyż po tej zmianie mniej dociążam przednie koło, a odczuwam zwiększenie przyczepności. Rower stał się także dużo bardziej zwrotny. Przed wymianą amortyzatora by zawrócić potrzebowałem tyle miejsca co stary ikarus a teraz nie ma z tym żadnego problemu. Jest pozytywnie! Dziś chyba wyskoczę do Ojcowa, pogoda sprzyja :) Niedawno, już z Gilą byłem w Wąwozie Półrzeczki i Dolinie Mnikowskiej. Niestety opady z dnia poprzedniego sprawiły że zamiast miłego zjeżdżania wąwozem, było powolne staczanie się ;) No cóż, mamy jesień i jej wszelakie "uroki". A i mam pytanie! Poleci ktoś jakiś dobry smar lub coś w sprayu na górne golenie amortyzatora. Sporo osób poleca Brunox Deo, ale czy faktycznie jest skuteczny? Pozdrawiam.
poniedziałek, 30 września 2013
czwartek, 12 września 2013
Wrześniowy Kraków
Hej, dziś zainwestowałem w licznik rowerowy :) Ten który miałem poprzednio odmówił współpracy po krótkim okresie działania. W sumie nie ma się co dziwić bo był to chiński syf za kilkanaście złotych. Tym razem postanowiłem kupić coś markowego. Padło na Sigmę Speedmaster 5000. Z Sigmą mam dobre wspomnienia, gdyż miałem ich licznik z 12 - 15 lat temu. Tamten był prosty, miał trzy funkcje, ten też jest -ma ich pięć. Tamten wytrzymał z 5 lat, mam nadzieję że ten nie będzie gorszy. Na pewno dam wam znać jak się sprawuje w boju. Ostatnio troszkę mniej czasu spędzam na rowerze. Po części jest to spowodowane deszczową pogodą, a drugi problem to przeziębienie które ciągnie się za mną od ponad tygodnia. W sumie zaczęło się od kataru alergicznego który na drugi dzień zamienił się w jeszcze większy katar, lekką gorączkę, kaszel i maksymalne rozbicie. W tamten wtorek, trochę spontanicznie wybrałem się wałami Wisły do Tyńca, a dokładniej w celu zobaczenia jeziorka, które swego czasu znalazłem na mapie Google i zaintrygowało mnie ono gdyż nigdy tam nie byłem a wyglądało z góry dość ciekawie, ale tą wycieczkę opiszę innym razem. Dziś będzie dość krótko bo i trasa niezbyt długa ale za to zdjęcia przyjemne dla oka. W ubiegłą sobotę pogoda była piękna. Czyste, błękitne niebo i odpowiednia temperatura niesamowicie kusiła do jazdy, lecz z drugiej strony na "wadze" ciążyło moje przeziębienie. Ciężko wysiedzieć w domu dłuższy czas więc ubrałem się trochę cieplej i wbrew radom ukochanej pojechałem zwiedzać moje piękne miasto. Po wyjechaniu z domu skierowałem się w Ul. Mazowiecką a następnie Krowoderską i Długą w stronę Rynku Głównego. Na rynek wjechałem od Ul.Sławkowskiej. Tłumy turystów niepoliczalne ;) No ale cóż się dziwić, w końcu był to ostatni weekend wakacji a do tego wspaniała pogoda. Rynek Główny to chyba najpiękniejsze miejsce na ziemi. Nawet gdyby się chciało to nie da się zrobić tam brzydkiego zdjęcia ;) Z rynku wyjechałem Ul. Grodzką. Wyjechałem to dużo powiedziane bo przy tej ilości spacerowiczów był to raczej slalom. Jakimś cudem przecisnąłem się pod Wawel i Bulwarami pojechałem w stronę Kładki Bernatka, którą przedostałem się na drugą stronę Wisły. Zatrzymałem się na chwilę na Rynku Podgórskim, bo pod Kościołem Św. Józefa w pięknym samochodzie siedziała para młoda. Po podjechaniu bliżej okazało się, że kierowca tegoż samochodu to prawdopodobnie obywatel Indii. Zacząłem się zastanawiać czy to faktycznie był realny ślub, czy jakaś Bollywoodzka produkcja filmowa gdyż kamerzystów było więcej niż jeden. Odpowiedzi na to pytanie nie znam i moje życie przez to gorsze nie będzie ;) Na kostkowym podjeździe Ul. Parkową odczułem że wciąż jestem przeziębiony, bo moja wydolność spadła chyba o 50 procent. Kolejnym celem mojej krótkiej wycieczki był podnóże Kopca Krakusa, więc z Parkowej skręciłem w Ul. Dębowskiego i nią dotarłem do kładki nad Aleją Powstańców Śląskich. Czekał mnie teraz najcięższy podjazd tego dnia, podjazd pod Kopiec Krakusa. W normalnej dyspozycji nawet nie odczuł bym go zbytnio ale przy osłabieniu organizmu stopień trudności wzrasta. Po podjechaniu pod kopiec musiałem odpocząć na ławce i zalać gardziel mineralką. Zrobiłem kilka fotek i udałem się w drogę powrotną. Do Ul. Parkowej jechałem tak samo lecz zamiast w dół, skręciłem w lewo na tereny K.S. Korona. Akurat odbywał się tam jakiś mecz, więc chwilę oglądnąłem kopaninę a następnie obok wieży telewizyjnej zjechałem w dół pod Kościół Redemptorystów. Stamtąd ulicami: Zamoyskiego, Smolki a następnie Krasickiego i Długosza dostałem się znów na Bulwary Wiślane, tym razem po przeciwnej stronie Wisły niż w tamtą stronę. W ostatnich dniach napotykam na swojej drodze tysiące małych, wkurzających muszek, które fruwają sobie w dużych chmarach, a które ja następnie zdrapuje z rąk i twarzy. Ich ilość wzrasta szczególnie tam, gdzie blisko jest woda lub drzewa. Z tego powodu bulwary, wały i parki nie są teraz najlepszymi miejscami na pedałowanie. Przez stado much przebiłem się na Most Dębnicki, a po przejechaniu przez niego zjechałem znów na bulwary, po to by po 100 metrach wyjechać z nich w okolicy Ul. Włóczków. Teraz między blokami, po trochę zaniedbanej pod względem jej oznaczenia ścieżce rowerowej dotarłem na Błonia. Zwykle lubię zrobić kółko wokół Błoń ale tym razem siły mnie opuszczały więc pomknąłem do domu obok Rotundy, następnie przez teren AGH i Park Krakowski. Może i czasem brakowało sił a katar dawał się we znaki, ale warto było :) Nie wiadomo ile jeszcze w tym roku będzie ciepłych, bezchmurnych dni więc trzeba korzystać. Kraków jest piękny i jazda na rowerze jest piękna a piękne ciągnie do pięknego ;) Wrzucam wam kilka fotek, a tym razem obejdzie się bez mapy. Pozdrawiam wszystkich cyklistów !
wtorek, 3 września 2013
Jadę ulicą, opony asfalt drą...czyli szosowo do Pieskowej Skały
Siema, lato powoli się kończy, na polu coraz chłodniej, opady deszczu też raczą nas coraz częściej, a sezon rowerowy coraz bliżej końca (co nie oznacza, że w zimie się nie jeździ ;). Dokładnie tydzień po wycieczce do Dolinek Podkrakowskich, czyli także w sobotę wybrałem się do Pieskowej Skały. Trasę zaplanowałem tak, by ominąć większość wzniesień i pokonać ją dość szybkim tempem. Zamiast wariantu przez Giebułtów lub czasem także stosowanego, przez Wielką Wieś i Biały Kościół, tym razem pojechałem w obie strony tym samym szlakiem, przez Zielonki i Januszowice. Od jakiegoś czasu korzystam z bidonu, który przysłali mi z Powerade i przyznam że wbrew opiniom niektórych osób, nie jest on taki zły. Dużym plusem jest jego pojemność, która według mnie wynosi około 0,8 litra, dzięki czemu w wielu przypadkach nie muszę gonić po drodze za sklepem by uzupełnić zapasy. W dłuższe trasy takie jak ta, szczególnie gdy jadę tam gdzie nie dojeżdża żaden autobus MPK, zabieram ze sobą zapasową dętkę, gdyż nie uśmiecha mi się drałować z rowerem do domu kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów. Wyjechałem około godz. 9 i od początku jechało się wyśmienicie gdyż poranki w drugiej połowie sierpnia są już sporo chłodniejsze. Po wyjechaniu z domu, skierowałem się w stronę ulicy Łokietka by nią dotrzeć do Prądnika Białego. W pewnym momencie ul. Łokietka przekracza tory kolejowe i dojeżdżając do tego miejsca zawsze zastanawiam się czy trafię na przymusowy postój ;) Tym razem szlabany stały jak po niebieskiej tabletce, więc wystarczyło zwolnić i rozglądnąć się czy na pewno nic nie jedzie a dróżnik nie zasnął. Szybko dostałem się na Prądnik Biały a stamtąd ul. Glogera pomknąłem do Zielonek. Czuć że trasa minimalnie unosi się w górę, aczkolwiek nie spodziewał bym się, że pomiędzy miejscem rozpoczęcia wycieczki a jej środkowym punktem pod Zamkiem w Pieskowej Skale będą to aż 602 metry w pionie. Zielonki pokonałem dość szybko i po wjechaniu do Januszowic wypatrywałem zakrętu w lewo. W sumie nie trudno go znaleźć gdyż w wypadku nie skręcenia we właściwą drogę, czekał by mnie niewąski podjazd pod Przybysławice ;) Po wjechaniu do Doliny Prądnika czuć spadek temperatury, dzięki czemu jest to wspaniałe miejsce na upalne dni. Ten dzień upalnym nie był, więc momentami robiło mi się lekko chłodno, ale zwiększenie tempa powodowało wzrost temperatury ciała i wszystko było w porządku. Gdzieś na wysokości znanego domu w skale, zatrzymałem się na chwile, bo przyglądały mi się dwie kozy i postanowiłem sprawdzić czy są chętne na małą sesję foto. Okazało się że przeżuwanie trawy było dla nich ciekawszym zajęciem. Tym razem nie zatrzymywałem się pod źródełkiem miłości na odpoczynek, tylko udałem się prosto w stronę Pieskowej Skały. Moje postoje były chwilowe i wynikały z chęci cyknięcia fotek. około 10:15 byłem w okolicach Zamku w Ojcowie i było tam naprawdę pusto, spokojnie i cicho. Zdziwiłem się bo zwykle były tam tłumy, no ale narzekać nie miałem zamiaru bo nie przepadam za slalomem między pieszymi. Po minięciu Kościoła na wodzie skończyła się trasa którą dobrze kojarzyłem z ostatnich czasów, gdyż w Pieskowej Skale byłem na rowerze chyba raz w życiu i to z 10 lat temu. Troszkę zwolniłem by podczas jazdy móc swobodnie podziwiać piękne okolice. Rolnicy przewracali siano a przeróżne zwierzęta pasły się na łąkach. Już niedaleko Pieskowej Skały zjechałem z drogi zaciekawiony tablicą i jakimś szlakiem. Okazało się że jest tam mapa z zaznaczonym szlakiem rowerowym, a jak dobrze pamiętam był to niebieski szlak rowerowy, okrężny przez okolice Pieskowej Skały. Jego profil wysokościowy trochę mnie zniechęcił więc postanowiłem dojechać do zamku tak jak zaplanowałem, czyli szosą. Pisząc ten post, właśnie sprawdzam informacje dotyczące tego szlaku. Według Wikipedii jest on Umiarkowanie trudny i prowadzi przez takie miejscowości jak: Wola Kalinowska - Grodzisko - Młynnik - Wielmoża - Pieskowa Skała Zamek - Wielmoża - Sułoszowa (kościół) - Pieskowa Skała - Wola Kalinowska. Może kiedyś z niego skorzystam ;). Nie miałem w planach zwiedzania zamku w Pieskowej Skale, więc po dojechaniu do celu i chwilowym odpoczynku zabrałem się w drogę powrotną. Zaciekawiła mnie ścieżka odchodząca od drogi, w lewo przed Maczugą Herkulesa, jadąc od strony zamku. Skręciłem w nią i po chwili zaczęły się schody i to dosłownie ;). Okazało się że schody te prowadzą na wzgórze którym dojść można pod samą Maczugę Herkulesa. W połowie schodów umiejscowiony jest grób Powstańców z 1863 r. Zatrzymałem się nad nim, pomodliłem za ich dusze i skierowałem pod Maczugę Herkulesa. Na miejscu okazało się, że jest tam sporo turystów ale na szczęście znalazłem kamień wyprofilowany wprost idealnie by na nim odpocząć. Po chwilowym relaksie tą samą trasą zjechałem, a po części zszedłem na dół i udałem się w drogę powrotną. Przed Ojcowem zatrzymałem się na chwilę pod figurką Matki Boskiej, która ustawiona jest w skale, gdyż zaciekawiła mnie swoją świecącą aureolą. Nie, to nie żaden cud, to tylko prąd ;). Po chwili ruszyłem w stronę domu, nie mając w planach już żadnego postoju. W Ojcowie tym razem było już bardzo gwarno. Mnóstwo rodziców z dziećmi, osób starszych ale także młodzieży zwiedzającej piękne tereny. Cudze chwalisz a swojego nie znasz... to dla tych którzy wolą rozbijać się po Egiptach, Kanarach itp. W Polsce mamy mnóstwo wspaniałych, godnych zwiedzania miejsc i naprawdę nie trzeba na to wielkich pieniędzy które ludzie trwonią na zagraniczne wycieczki, po części pewnie dla lansu przed znajomymi. Wracałem tą samą trasą więc w sumie nie ma co opisywać. Wiadomo, powrót trwał dużo krócej, w końcu to 602 metry w dół ;) Do domu przyjechałem około 12:45 i nawet nie odczuwałem zmęczenia. To była kolejna wspaniała wycieczka. To tylko Kraków i okolice, a ile dają możliwości jazdy :) Gdyby tak ruszyć w Polskę i zwiedzać ją na rowerze, to życia by nie starczyło by odkryć wszystkie wspaniałe, malownicze i zabytkowe miejsca. Polecam trasy publikowane przeze mnie. Wsiadajcie na rowery i opisujcie swoje przeżycia z tym związane. Do zobaczenia następnym razem!
Mapa: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=5101862
Foto:
Mapa: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=5101862
Foto:
Dla niewtajemniczonych - jest to koza ;)
Mieszkać w takim miejscu...marzenie!
Kościół na wodzie
Było ich mnóstwo
Fragment zamku w Pieskowej Skale
Grób Powstańców
Zamek w Pieskowej Skale w całej okazałości
Sławna Maczuga Herkulesa
Figurka Matki Boskiej ustawiona w skale
Zamek w Ojcowie
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)