poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Gorąco, oj gorąco...

Cześć, jak wam minął weekend? U mnie po części w siodle, więc świetnie. Ostatnio wpadłem na pomysł by przyjechać do mojej kobiety na rowerze, zostać na noc i wrócić w niedzielę. Na miniony weekend zapowiadano piękną pogodę, więc stwierdziłem że pasuje właśnie w te dni uskutecznić mój plan. Nocowanie oznaczało jazdę z plecakiem, za czym zbytnio nie przepadam no ale w coś trzeba się przebrać ;) Kilka dni temu zakupiłem nową oponę na tył, bo poprzednia nieźle się już zużyła i ostatnio dość często zacząłem łapać gumę. Nowa oponka firmy Vredestein, z całkiem sporym bieżnikiem niestety stawia odczuwalne opory toczenia, no ale dość sporo jeżdżę też po lesie a tam przyczepność jest najważniejsza. Sprzedawca uważa że jej wytrzymałość na ścieranie jest dobra i mam nadzieję że się nie myli. Wyjechałem przed godz. 14, żar lał się z nieba a pot ze skroni. Postanowiłem jeszcze odwiedzić Rynek Główny, ponieważ sobota była dniem finałowego etapu Tour De Pologne. Mimo niesamowitego upału na Rynku zbierało się coraz więcej pasjonatów kolarstwa oraz zwykłych zjadaczy chleba, którzy zapewne dzięki medialnemu szumowi zainteresowali się tymczasowo kolarstwem. Akurat gdy przyjechałem startowało Nutella Mini Tour De Pologne. Fajnie że organizuje się takie mini wyścigi dla dzieciaków i młodzieży, w końcu od czegoś trzeba zacząć karierę :) Rynek Główny podczas upałów to chyba najgorętsze miejsce w Krakowie, więc nie zbawiłem tam długo. Jak zwykle rozdawano różne gratisy, a ja tym razem załapałem się na kapelusik i "wachlarzyk" Tauronu. Szkoda tylko, że kolory tejże marki są tak "oczojebne" ;). Udało mi się jakimś cudem wycisnąć z Rynku na Plac Wszystkich Świętych i mogłem już kierować się w stronę Rozkochowa. Przyznam, że zawsze mam problem z ogarnięciem, jak przejechać prawidłowo, niesamowicie zakręconą drogę dla rowerów przy Moście Zwierzynieckim. Tym razem udało się prawie ;) bezbłędnie. Niestety następny kilometr, może trochę więcej to ciąg pieszo rowerowy wzdłuż Księcia Józefa. Do Przegorzał jest on w masakrycznym stanie. Dziury i pokruszony asfalt to raczej nie jest to, co przyciąga rowerzystów do korzystania z tej trasy. Od Przegorzał robi się przyjemnie, lecz nie trwa to zbyt długo bo w okolicach pewnej restauracji i tak trzeba już zjechać na drogę. Podjeżdżanie serpentynami w stronę Bielan dało mi w nogi, ale na szczęście potem droga prowadzi w dół i można się ochłodzić pędząc. W Liszkach upał dał się we znaki i skorzystałem na 5 minut z przystankowej ławki. Trasę zaplanowałem tak, by w jak najmniejszym stopniu jechać głównymi szosami. Po chwili odpoczynku ruszyłem w stronę Czernichowa, po drodze mijając wesoło brzmiącą wioskę - Zagacie. Nie chcę wiedzieć skąd wzięła się nazwa i co mieszkańcy dawniej robili "za gacie" lub za jeansy ;) Trzeba przyznać że mimo iż miejscowości te leżą blisko rzeki Wisły, to teren jest nieźle pofałdowany przez co, co chwila mamy zjazd i podjazd, zjazd i podjazd. Grzało tak że jedynie większa prędkość powodowała ochłodę, więc starałem się nie schodzić poniżej 15 km/h. Przez Czernichów przejechałem gładko i teraz droga wiodła w stronę Ratanic i Kłokoczyna. Jechało się ciężko, nie dość że miałem słabszy fizycznie dzień to upał mnie rozwalał. Zaliczyłem jeszcze odpoczynek na przystanku pomiędzy Kłokoczynem a Rusocicami, choć krótki bo blaszany przystanek to sauna. Tak dziurawej drogi jaka była miejscami, dawno nie widziałem. Wyglądało to tak jakby robił to "Czesiek" z "Marianem" po kilku flaszkach. Łaty na dziury wylane tak, że odstawały ponad główną warstwę asfaltu. Po dojechaniu do Kamienia znów odpoczynek w cieniu. Do tego miejsca pierwszy raz pedałowałem na rowerze. Z Kamienia do Rozkochowa już jechałem, więc byłem pewny trasy. Jak miło że przez jakiś czas jedzie się lasem, bo drzewa w taki upał to raj na ziemi. W Podłężu przejechałem obok promu, akurat transportującego samochód z drugiej strony Wisły na moją. Z tamtych okolic są piękne widoki, niestety tym razem jechałem bez aparatu, a i na robienie fotek komórką nie miałem chęci, bo każdy postój powodował skok temperatury chyba o sto stopni. W Okleśnej trzeba pokonać przejazd przez tory kolejowe, prawie nieczynne, gdyż aktualnie tylko co jakiś czas przejeżdża nimi pociąg z transportem do pobliskich Zakładów Chemicznych w Alwerni. Chyba przesadziłem z prędkością na przejeździe, bo tylna lampka od roweru wskoczyła z zaczepu i spowodowała przymusowy postój na skompletowanie części ;) Tak, marzyłem o tym by w pełnym słońcu szukać przez 5 minut gumki uszczelniającej lampkę... Z tego miejsca już tylko 10 minut dzieliło mnie od finiszu więc i sił przybyło. Po dojechaniu na miejsce i miłym przywitaniu przez ukochaną padłem na fotel i błagałem o wodę. Prysznic i odpoczynek trochę zwróciły siły więc wieczorem przejechaliśmy się nad jezioro, które dawniej było zakolem Wisły, a aktualnie jest tam żwirownia. Po powrocie czekał nas grill z pysznym jedzonkiem i piwkiem, co było naprawdę przyjemnym relaksem, do momentu gdy na wyżerkę nie wprosiły się wredne komary. Niedziela minęła szybko, a że nie chciało mi się wyjeżdżać zbyt wcześnie to postanowiłem, że dojadę do Kamienia a stamtąd MPK na Salwator. Droga z Rozkochowa do Kamienia to jakieś 40 minut jazdy średnim tempem. Tym razem ominęliśmy przejazd obok promu i pojechaliśmy górną drogą. Widoki wprost zacne. Nie lubię wozić roweru w autobusie ale wyjścia nie było gdyż powoli się ściemniało. Lampki lampkami ale jazda po wiejskich drogach na rowerze, przy ciemności nie jest bezpieczna. Współczuje kierowcom, którzy muszą jeździć tą trasą. Wspomniane wcześniej dziury powodują, że kierman musi zwalniać do około 10 km/h by autobus nie wyleciał w kosmos. Z ulgą wysiadłem na Salwatorze i przecinając Błonia pomknąłem do domu. Temperatura spadła do około 23 stopni więc wreszcie poczułem pogodową ulgę. Podsumowując, było świetnie, oby więcej takich weekendów. Tym razem bez mapki  ale wrzucam dwie fotki z okolic Podłęża. Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do wsiadania na rowery i zwiedzania Krakowa i naszych pięknych okolic!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz