czwartek, 22 sierpnia 2013

W Dolinkach Podkrakowskich

                Witajcie, tak jak planowałem, w ostatnią sobotę wybrałem się na rower. Po napisaniu tamtego posta zabrałem się za wybór trasy. Jako że start z samego rana i dużo czasu na jazdę, postanowiłem pojechać do Dolinek Podkrakowskich. Kwestią wyboru było to, które zaliczyć po drodze. Najciekawiej wyglądała opcja trasy przez Zabierzów do Doliny Będkowskiej i powrót przez Dolinę Kobylańską. Przeszperałem papierowe mapy dostępne w domu, wybrałem najbardziej mi pasującą i określiłem kilka wariantów. Ciężko było się zdecydować, więc stwierdziłem że najlepiej będzie się z tym przespać ;) Rano po obudzeniu się i zobaczeniu pięknej pogody doszedłem do wniosku, że wybieram najdłuższy wariant. I tak oto po wypełnieniu bidonu i zabraniu wszystkiego co potrzebne, wyruszyłem około 9:30 w stronę Ronda Ofiar Katynia a następnie w stronę Zabierzowa. Po przejechaniu przez Pasternik a następnie obok Futura Park, skręciłem w prawo, w ul. Kasztanową, po chwili w lewo i cały czas prosto przez Brzezie i Więckowice, aż do Brzezinki. Gdzieś pomiędzy Brzeziami a Więckowicami zatrzymałem się na kilka minut by sfotografować efektownie wyglądające, zbelowane siano. Po dojechaniu do Brzezinki, przed kapliczką musiałem skręcić w prawo, a stąd do Doliny Będkowskiej było już parę kroków. Czyste niebo, piękne słońce i nie za wysoka temperatura powodowały, że jechało się elegancko, z resztą po dojechaniu w okolice dolinek i tak zrobiło się troszkę chłodniej. Po chwili jazdy zatrzymałem się przed kapliczką w której upamiętniono miejscową ludność, która zginęła z rąk Niemców. Wstąpiłem do środka i pomodliłem się za nich. Trzeba dbać o takie miejsca, by pamięć o naszej historii nigdy nie umarła. Postanowiłem zmniejszyć tempo jazdy, by dobrze napatrzeć się na piękną przyrodę Doliny Będkowskiej. Przy okazji jak przez mgłę widziałem obrazy z czasów gdy byłem dzieckiem i w tejże dolinie, nad strumyczkiem bawiłem się małym statkiem. Mój ojciec lubił ze mną jeździć do Dolinek Podkrakowskich w celach spacerowych. Pamiętam że wtedy jeździł tam tylko PKS, odjeżdżający oczywiście ze starego dworca naprzeciwko legendarnego baru Smok. Taka wyprawa PKSem dla małego dzieciaka była czymś tak wielkim, jak gdybym teraz wybrał się na rowerze co najmniej nad morze. Jadąc i obserwując okolicę, dotarłem do wielkiego pola campingowego, które wypełnione było turystami. Następnie przez około 100 metrów droga wygląda jak po bombardowaniu przez myśliwce, ale na szczęście jest jako tako przejezdna. Mimo mniejszego tempa dość szybko dojechałem do miejsca w którym szlak odbijał w prawo i nie wiódł już drogą dostępną dla samochodów. Zrobiło się dużo przyjemniej. Wąska ścieżka biegnąca to przez las, to przez polanę, jest czymś co tygryski uwielbiają. Zatrzymałem się, by zrobić kilka zdjęć i napoić spragnione ciało. Wyprzedziła mnie para idąca z czymś co wyglądało jak podbierak, a chyba służyło do łapania motyli. Ciekawe co następnie z nimi robili, może uniknęły grillowania ;) Po 5 minutach jazdy zobaczyłem pierwsze domy i już wiedziałem iż żegnam się z tą dolinką. Zatrzymałem się przy jakimś mini parkingu i zerknąłem na mapę. Po upewnieniu się że jadę w dobrą stronę wyruszyłem przed siebie. Dość ostry podjazd i uślizg koła spowodował, że kilka metrów trzeba było popchać rower. Po tymże podjeździe i wjechaniu do Bębła odczułem pierwsze, lekkie zmęczenie. Na szczęście droga teraz prowadziła w większości w dół, dzięki czemu troszkę odpocząłem. Ekspresowo wleciałem do Będkowic i po przejechaniu obok miejscowego OSP i pętli autobusu MPK, z drogi asfaltowej wpadłem na szutrowo - kamienistą która była przedsionkiem Doliny Kobylańskiej. W dolince to, czego się spodziewałem, czyli baaardzo bujna roślinność opadająca na ścieżkę. Oczywiście jak zawsze najbardziej muszą dyndać pokrzywy. W takich momentach człowiek żałuje, że kierownica nie jest węższa ;) Lubię Kobylańską za to, że są tam liczne przejazdy przez strumyk tamże płynący oraz piękne widoki skał u jej wylotu, u którego jak zawsze rozbitych było sporo namiotów i mnóstwo osób wspinało się po skałach. Bardzo fajnym pomysłem było zbudowanie na granicy dolinki czegoś co przypomina szałas, a dokładniej są to drewniane ławki ze stolikami, przykryte daszkiem rzecz jasna drewnianym. Usiadłem na chwilowy spoczynek, który przerwał mi bąk upier...niczający mnie w nogę. Gdybym mógł wybrać jeden gatunek, który zniknął by ze świata, byłaby to właśnie Jusznica Deszczowa zwana potocznie Końską Muchą. Dla nieświadomych, jest to coś co wiele osób nazywa Gzem lub Bąkiem. Ukąszenia Komarów to przy tym odlot. Postanowiłem dłużej nie odpoczywać ;) Po wyruszeniu w dalszą trasę poczułem smutek. Droga którą pamiętam od zawsze jako tą, którą płynął strumień, została przebudowana. Teraz strumień płynie wydzielonym kanałem a droga jest sucha i asfaltowa. Wiem że to wielkie ułatwienie dla mieszkańców, bo z tego co pamiętam to w trakcie większych opadów mieli tam kiepsko z przejazdem, ale mnie to miejsce kojarzy się z dawnymi sobotnimi wypadami na rower wraz z moim ojcem. Niby bokiem na podwyższeniu był chodnik ułożony z płyt, ale ja zawsze i tak jechałem drogą - strumykiem. Przynajmniej opony miałem potem czyściutkie ;) W Kobylanach zatrzymałem się, by popatrzeć na mapę i pomyśleć którędy najlepiej będzie jechać. Skręciłem w stronę Karniowic a następnie przez Bolechowice dojechałem do Zabierzowa. Droga przez Karniowice i Bolechowice to sama przyjemność, oczywiście jadąc w tą stronę. Większość trasy to jazda w dół...i w dół... i w dół. Dopiero po dojechaniu do drogi którą już jechałem i która wiedzie z Brzeź do Więckowic, robi się płasko. W Zabierzowie przejechałem pod torami a następnie pod kościołem skręciłem w Krakowską, oczywiście w stronę Krakowa. Bardzo nie chciało mi się wracać tą samą trasą która już jechałem, czyli przez Pasternik. Wyjeżdżając z Zabierzowa, za Biedronką skręciłem w prawo w ul. Stanisława Kmity i nią dotarłem do miejsca, z którego mnóstwo osób obserwuje lądujące i startujące z Balic samoloty. Zatrzymałem się na jakiś czas ale niestety nic akurat nie lądowało a co gorsza właśnie skończyła mi się woda. Dość szybko zaschło mi w ustach i dalsza droga nie była już zbyt przyjemna. Słońce prażyło a wzdłuż mojej trasy z Balic do Błoń raczej nie było sklepów. Dodatkowo dało o sobie znać zmęczenie i opadnięty z sił, z wysuszonym jak pustynia jęzorem dotoczyłem się do domu. Po takim zmęczeniu nie ma nic przyjemniejszego niż długa kąpiel i dwa litry czegoś do picia. I tak skończyła się moja kolejna wycieczka. Mam nadzieję że niedługo znów uda mi się wybrać w jakieś ciekawe miejsca, a teraz wklejam wam mapę i kilka zdjęć. Pozdrawiam!

Mapa: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=5051668

Zdjęcia:

 Zbelowane sianko
 Tablica przy kapliczce
 Kaplica upamiętniająca mord na naszych rodakach, przez Germańców
 Wnętrze Kapliczki
 Dolina Będkowska
 Górna część Doliny Będkowskiej
 Pomiędzy Będkowską a Bębłem

 Skały w Dolinie Kobylańskiej
 Kuna coś dorwała, chyba szczur :)
 Brama Bolechowicka widziana z drogi od Karniowic do Bolechowic
 A tu już fotki z miejsca widokowego przy Balicach
No to odlatujemy ;)

piątek, 16 sierpnia 2013

A miało być tylko do Giebułtowa :)

               Hej! Jak wam mija sierpień? Ja od czasu do czasu wsiadam na rower, nic nowego ale dla mnie to wszystko co najlepsze jak chodzi o sport. Kilka dni temu zachciało mi się wsiąść w siodło. Ostatnimi czasy dawno nie kierowałem się w stronę Ojcowa. Dobiegała już godz. 16, a że coraz wcześniej robi się ciemno, wycieczka musiała być niezbyt długa. Postanowiłem pojechać do Giebułtowa, zjechać Kwietniowymi Dołami i wrócić przez Zielonki. Sierpniowe popołudnia są już chłodniejsze, więc jechało się świetnie. Przez Park Wyspiańskiego dojechałem do Opolskiej, przeciąłem ją i przed Lidlem skręciłem w lewo. Aj, kusiło wstąpić do Lidla na pysznego rogala z masłem ale z pokusami trzeba walczyć ;) Skręciłem w ul. Łokietka i po kilkuset metrach za przejazdem kolejowym w prawo, tak by wyjechać na ul. Pękowicką. Zgodnie z planem chciałem nią dojechać do Pękowic, ale pojawił się problem. Na wysokości skrzyżowania z ul. Kaczorówka dojrzałem znak ślepej uliczki. Okazało się, że dalszy ciąg Pękowickiej jest rozkopany. No tak, ostatnio wszędzie gdzie się nie ruszy, remontują ciągi ciepłownicze. Skręciłem w Kaczorówkę i znów wyjechałem na Łokietka. W miejscowości Tonie skręciłem w prawo i jadąc lekko pod górę kierowałem się w stronę Pękowic. Przy rozwidleniu dróg, gdzie jedna kieruje się na Zielonki a druga tam gdzie chciałem się udać, stał strażak kierujący ruchem. Okazało się, że kawałek dalej zdarzył się jakiś konkretny wypadek. Tym razem miałem o tyle szczęście że moja trasa wiodła tą drugą drogą. W Pękowicach z głównej ulicy skręciłem w szutrówkę która prowadziła do Giebułtowa. Przed Giebułtowem jest niezły podjazd obok cmentarza. Jak ktoś tam padnie, ma blisko na wieczny spoczynek. W Giebułtowie zajechałem na pętlę autobusową by zrobić zdjęcie Kościoła Świętego Idziego. Jest to bardzo ładny, niewielki, zabytkowy kościółek. Po uzupełnieniu płynów skierowałem się w ul. Orlich Gniazd i po paru minutach dojechałem do Kwietniowych Dołów, które jakiś czas temu zostały utwardzone i wysypane kamieniami które są nieźle ubite. Wielu bardziej doświadczonych bikerów narzeka, że kiedyś był to jeden z najciekawszych odcinków na tym szlaku a teraz jest bardzo łatwy do przejechania. Fakt, jest łatwy ale dzięki temu bardziej dostępny dla większości rowerzystów. Swoją drogą, ile razy tamtędy jadę, zawsze kogoś spotykam. Widać ze to bardzo uczęszczany szlak. Po wyjechaniu z Kwietniowych Dołów zerknąłem na czas. Patrzę, a tu dopiero chwilę po 17. Siły są, chęci są, więc cel się zmienił :) Przez Prądnik Korzkiewski skierowałem się do mojego stałego punktu podczas wycieczki do Ojcowa, czyli do Źródełka Miłości i i Bramy Krakowskiej. Uwielbiam Dolinę Prądnika, jest po prostu przepiękna. Widoki pozwalają odetchnąć od wielkomiejskiego gwaru, betonu i smrodu. Jadąc tam ma się wrażenie, że okoliczni mieszkańcy prowadzą taki sielankowy tryb życia. Po dojechaniu do celu skorzystałem na kilkanaście minut z ławki by troszkę odpocząć i nacieszyć się widokami. Powrót tą samą drogą aż pod Kwietniowe Doły. Zauważyłem że mimo iż ogólnie na polu było dość ciepło, to w Dolinie Prądnika było mi momentami chłodno. Świetne miejsce na upały :) Przed Kwietniowymi Dołami skręciłem w lewo, na Januszowice i niezłym tempem pędząc przez Zielonki a następnie Prądnik Biały, spod Bramy Krakowskiej dotarłem do domu w 58 minut. Przyznam że sam byłem zaskoczony. Bardzo fajna popołudniowa wycieczka, trasę do Ojcowa polecam każdemu niezależnie od wieku i stażu rowerowego. Jutro chyba wyskoczę w Dolinki Podkrakowskie, jeśli nie spadnie mi motywacja ;) A tym czasem wrzucam wam mapkę i fotki. Pozdrawiam!

Mapka: http://pl.wikiloc.com/wikiloc/view.do?id=5020799

Kilka zdjęć:
 Widok z Pękowic na Zielonki.
 Kościół w Giebułtowie
 Kwietniowe Doły
 Małopolska Droga św. Jakuba.
 Widoki w Dolinie Prądnika
 Dolina Prądnika
 Wjazd do Ojcowskiego Parku Narodowego
 Ależ tam malowniczo :)
 Odpoczynek pod Bramą Krakowską
Źródełko Miłości.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Gorąco, oj gorąco...

Cześć, jak wam minął weekend? U mnie po części w siodle, więc świetnie. Ostatnio wpadłem na pomysł by przyjechać do mojej kobiety na rowerze, zostać na noc i wrócić w niedzielę. Na miniony weekend zapowiadano piękną pogodę, więc stwierdziłem że pasuje właśnie w te dni uskutecznić mój plan. Nocowanie oznaczało jazdę z plecakiem, za czym zbytnio nie przepadam no ale w coś trzeba się przebrać ;) Kilka dni temu zakupiłem nową oponę na tył, bo poprzednia nieźle się już zużyła i ostatnio dość często zacząłem łapać gumę. Nowa oponka firmy Vredestein, z całkiem sporym bieżnikiem niestety stawia odczuwalne opory toczenia, no ale dość sporo jeżdżę też po lesie a tam przyczepność jest najważniejsza. Sprzedawca uważa że jej wytrzymałość na ścieranie jest dobra i mam nadzieję że się nie myli. Wyjechałem przed godz. 14, żar lał się z nieba a pot ze skroni. Postanowiłem jeszcze odwiedzić Rynek Główny, ponieważ sobota była dniem finałowego etapu Tour De Pologne. Mimo niesamowitego upału na Rynku zbierało się coraz więcej pasjonatów kolarstwa oraz zwykłych zjadaczy chleba, którzy zapewne dzięki medialnemu szumowi zainteresowali się tymczasowo kolarstwem. Akurat gdy przyjechałem startowało Nutella Mini Tour De Pologne. Fajnie że organizuje się takie mini wyścigi dla dzieciaków i młodzieży, w końcu od czegoś trzeba zacząć karierę :) Rynek Główny podczas upałów to chyba najgorętsze miejsce w Krakowie, więc nie zbawiłem tam długo. Jak zwykle rozdawano różne gratisy, a ja tym razem załapałem się na kapelusik i "wachlarzyk" Tauronu. Szkoda tylko, że kolory tejże marki są tak "oczojebne" ;). Udało mi się jakimś cudem wycisnąć z Rynku na Plac Wszystkich Świętych i mogłem już kierować się w stronę Rozkochowa. Przyznam, że zawsze mam problem z ogarnięciem, jak przejechać prawidłowo, niesamowicie zakręconą drogę dla rowerów przy Moście Zwierzynieckim. Tym razem udało się prawie ;) bezbłędnie. Niestety następny kilometr, może trochę więcej to ciąg pieszo rowerowy wzdłuż Księcia Józefa. Do Przegorzał jest on w masakrycznym stanie. Dziury i pokruszony asfalt to raczej nie jest to, co przyciąga rowerzystów do korzystania z tej trasy. Od Przegorzał robi się przyjemnie, lecz nie trwa to zbyt długo bo w okolicach pewnej restauracji i tak trzeba już zjechać na drogę. Podjeżdżanie serpentynami w stronę Bielan dało mi w nogi, ale na szczęście potem droga prowadzi w dół i można się ochłodzić pędząc. W Liszkach upał dał się we znaki i skorzystałem na 5 minut z przystankowej ławki. Trasę zaplanowałem tak, by w jak najmniejszym stopniu jechać głównymi szosami. Po chwili odpoczynku ruszyłem w stronę Czernichowa, po drodze mijając wesoło brzmiącą wioskę - Zagacie. Nie chcę wiedzieć skąd wzięła się nazwa i co mieszkańcy dawniej robili "za gacie" lub za jeansy ;) Trzeba przyznać że mimo iż miejscowości te leżą blisko rzeki Wisły, to teren jest nieźle pofałdowany przez co, co chwila mamy zjazd i podjazd, zjazd i podjazd. Grzało tak że jedynie większa prędkość powodowała ochłodę, więc starałem się nie schodzić poniżej 15 km/h. Przez Czernichów przejechałem gładko i teraz droga wiodła w stronę Ratanic i Kłokoczyna. Jechało się ciężko, nie dość że miałem słabszy fizycznie dzień to upał mnie rozwalał. Zaliczyłem jeszcze odpoczynek na przystanku pomiędzy Kłokoczynem a Rusocicami, choć krótki bo blaszany przystanek to sauna. Tak dziurawej drogi jaka była miejscami, dawno nie widziałem. Wyglądało to tak jakby robił to "Czesiek" z "Marianem" po kilku flaszkach. Łaty na dziury wylane tak, że odstawały ponad główną warstwę asfaltu. Po dojechaniu do Kamienia znów odpoczynek w cieniu. Do tego miejsca pierwszy raz pedałowałem na rowerze. Z Kamienia do Rozkochowa już jechałem, więc byłem pewny trasy. Jak miło że przez jakiś czas jedzie się lasem, bo drzewa w taki upał to raj na ziemi. W Podłężu przejechałem obok promu, akurat transportującego samochód z drugiej strony Wisły na moją. Z tamtych okolic są piękne widoki, niestety tym razem jechałem bez aparatu, a i na robienie fotek komórką nie miałem chęci, bo każdy postój powodował skok temperatury chyba o sto stopni. W Okleśnej trzeba pokonać przejazd przez tory kolejowe, prawie nieczynne, gdyż aktualnie tylko co jakiś czas przejeżdża nimi pociąg z transportem do pobliskich Zakładów Chemicznych w Alwerni. Chyba przesadziłem z prędkością na przejeździe, bo tylna lampka od roweru wskoczyła z zaczepu i spowodowała przymusowy postój na skompletowanie części ;) Tak, marzyłem o tym by w pełnym słońcu szukać przez 5 minut gumki uszczelniającej lampkę... Z tego miejsca już tylko 10 minut dzieliło mnie od finiszu więc i sił przybyło. Po dojechaniu na miejsce i miłym przywitaniu przez ukochaną padłem na fotel i błagałem o wodę. Prysznic i odpoczynek trochę zwróciły siły więc wieczorem przejechaliśmy się nad jezioro, które dawniej było zakolem Wisły, a aktualnie jest tam żwirownia. Po powrocie czekał nas grill z pysznym jedzonkiem i piwkiem, co było naprawdę przyjemnym relaksem, do momentu gdy na wyżerkę nie wprosiły się wredne komary. Niedziela minęła szybko, a że nie chciało mi się wyjeżdżać zbyt wcześnie to postanowiłem, że dojadę do Kamienia a stamtąd MPK na Salwator. Droga z Rozkochowa do Kamienia to jakieś 40 minut jazdy średnim tempem. Tym razem ominęliśmy przejazd obok promu i pojechaliśmy górną drogą. Widoki wprost zacne. Nie lubię wozić roweru w autobusie ale wyjścia nie było gdyż powoli się ściemniało. Lampki lampkami ale jazda po wiejskich drogach na rowerze, przy ciemności nie jest bezpieczna. Współczuje kierowcom, którzy muszą jeździć tą trasą. Wspomniane wcześniej dziury powodują, że kierman musi zwalniać do około 10 km/h by autobus nie wyleciał w kosmos. Z ulgą wysiadłem na Salwatorze i przecinając Błonia pomknąłem do domu. Temperatura spadła do około 23 stopni więc wreszcie poczułem pogodową ulgę. Podsumowując, było świetnie, oby więcej takich weekendów. Tym razem bez mapki  ale wrzucam dwie fotki z okolic Podłęża. Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do wsiadania na rowery i zwiedzania Krakowa i naszych pięknych okolic!



czwartek, 1 sierpnia 2013

Tour De Pologne !!!

Siema, we wtorek wybrałem się na start trzeciego etapu TDP. Tym razem bez mojego roweru gdyż ciężkie chmury wisiały nad Krakowem, a do tego złapałem snake,a i w dętce kiszka. Start z Rynku Głównego zaplanowano na 12:35, ja przyszedłem około godzinkę wcześniej by rozglądnąć się w sytuacji i porobić kilka fotek. Ekipy powoli zjeżdżały się na Rynek, a w tym czasie spiker opowiadał co nieco o Tourze i przeprowadził wywiad z Czesławem Langiem. W pewnej chwili tak zawiało, że dmuchana scena złożyła się na płasko i pokryła stojącego nań człowieka ;) Oglądnąłem kolarzy podpisujących listę startową i udałem się sto metrów dalej by ustawić się w miejscu z którego będzie można obserwować jadących już kolarzy. Niestety ludzie zawsze pchają się tak, jakby co najmniej sztabki złota rozdawano. Przygotowałem dla Was krótką fotorelację ze startu, zapraszam do oglądania no i do trzymania kciuków za wszystkich Polaków w Tour De Pologne!

 Wozy już stoją, gotowe do startu
 Tę pszczółkę którą tu widzicie zowią...no własnie, jak?

 Ciekawe o którym kolarzu marzyła? Może o nieobecnym na TDP Saganie? ;)
 Jak zawiało to i scena legła ;)
 Nasza reprezentacja składa podpisy...
 ... i udaje się po swój sprzęt
 Trzy kolorowe panie i czarna owca, ciekawe co ją tam zainteresowało...
 Rafał Majka, niestety od tyłu ;)


 I Ruuuszyyyliii !


Orica "Call me maybe" Green Edge ;)